piątek, 13 września 2013

00. Prolog.

Amputowali mi serce, ale nie czułam bólu. Było to coś w rodzaju ulgi, wybawienia.

Czy żyję? Nie wiem. Ja istnieję. Tylko, istnieję. Oddycham, widzę, czuję, słyszę, ale nie żyję. W każdym bądź razie nie czuję, że żyję. Moja dusza nie istnieje. Jest tylko wypompowane z uczuć ciało, które już chyba nigdy nie pokocha.

Miłość nie jest piękna, miłość to cierpienie przez tych wszystkich jebanych frajerów.

Czy ktoś mnie zranił? Tak. Czy to bolało? A jakie zranienie nie boli? Po co w ogóle dawać drugiemu człowiekowi nadzieję, skoro i tak się go nie kocha? Moje serce nie jest już chyba zdolne do pokochania kogokolwiek. Umrę w samotności.

Chodź, namieszam Ci w życiu.

Mnie zraniono, to teraz moja kolej. Chodź, pokażę ci jak to jest. Namieszać w czyimś życiu, a potem zostawić go na lądzie, żeby sam sobie radził. Też jestem istotą, która istnieje i czuje. Zapamiętaj to sobie. 

Czuję się jak rozpadająca się, mała cząstka społeczeństwa, która z nadmiaru tęsknoty umiera, a w najbliższym czasie, jak tak dalej pójdzie, planuje zniknąć całkowicie, rozpadając się do reszty.

 A w środku cała krwawię, i wraz z każdą kroplą krwi ucieka milimetr mojej tęsknoty. Szkoda, że po tak długim krwawieniu mimo wszystko wciąż nie czuję jej ubytku.